PODRÓŻE

Po nastrój

Święta, święta i po świętach…

Były Mazury to teraz czas na góry.

Jako, że klimat trochę się zmienił, śnieg jest na święta jajeczne, postanowiliśmy pojechać w góry by nastroić się przed Świętami Bożego Narodzenia. Przecież będzie tam śnieg, no nie? Musi być, przecież zima. Śnieg po pachy, góry zasypane śniegiem, szczypiący mróz, a my? A my spacerując po śniegu, który skrzeczałby pod stopami i zabawa ze starszakiem w śniegu – tak sobie wymarzyłam zamawiając hotel pod koniec października. Było wręcz przeciwnie – góry posypane a nie zasypane śniegiem, słońce grzejące poliki i… wiosenna temperatura. No cóż nie było nam dane napatrzeć się na białe Zakopane.

 

Z dziećmi w góry? Zimą? Co tam robić? Owszem, nie pójdziemy w góry, no bo jak? Nie jesteśmy na tyle doświadczeni by udać się na taką wycieczkę. Ale jest co robić. Sam widok gór i spacery po Krupówkach odświeżają umysł i odrywają od codzienności. A tam, chodzący Biały Miś, Garfield czy inne postacie zaczepiający dzieciaki, by zrobili sobie z nimi zdjęcie. Nas to nie ominęło. Już Młody jest na tyle sprytny, że wiedział jak naciągnąć rodziców na takowe zdjęcie 🙂 Poza tym, gdzie się nie spojrzeć tawerny, karczmy,restauracje zachęcające swoim zapachem by je odwiedzić i skusić się na regionalne jedzenie lub po prostu rozgrzać się ciepłym napojem. Jak już jestem przy restauracjach to wspomnę – uwielbiam czytać ich kartę dań, jeden kraj a tak inaczej 🙂 Nie zabrakłoby tam miejsca dla zakupoholików lub zapominalskich 🙂

Zamawiając hotel, zawsze myślę o tym, by było co robić jak nie będzie pogody, mam na myśli lejący non stop deszcz, czy wiatr, który zdmuchnie wszystko co napotka. Staram się dobrać go do potrzeb nas wszystkich, a zwłaszcza maluchów. Sala zabaw jest niezbędna, fajnie jak jest pływalnia czy nawet jakieś atrakcje dla tych starszych. Syn jak dowiedział się, że w hotelu jest sala dla maluchów, to mówił o niej przez całą drogę do Zakopanego. Z takim dwuipółlatkiem łatwiej się jest gdzieś wybrać, natomiast z tą półroczną trochę jest inaczej. Nie znaczy to, że źle. Wystarczy się nastawić. Dla córci to frajda popatrzeć na biegające inne dzieci lub po prostu poobserwować co się dzieje –  podłogi było wystarczająco by rozłożyć kocyk i ją położyć. Wybierając się na wycieczkę braliśmy pod uwagę to, że nie na wszystko sobie pozwolimy. Byliśmy uzależnieni od rytmu dnia córci – drzemek czy spokojnego karmienia. Może latem jest łatwiej, bo można gdzieś przysiąść na świeżym powietrzu i te czynności wykonać w formie przystanku, natomiast „zimą” pozostają tylko knajpki lub hotel by dzieciątko zaspokoić. No i te ubrania na cebulkę, kombinezony, czapki, szaliki ach…

Wieczory też były miłe, wszyscy w jednym pokoju „skazani” na siebie. Najpóźniej spać chodził chyba mały buntownik. Trzeba było powyłączać światła i iść spać by zachęcić malucha do spania. Znalazł sposób by nikomu nie przeszkadzać…

W takich weekendowych czy dłuższych wypadach chodzi nam o to, by oderwać się od codzienności, pokazać fajne miejsca dzieciakom, w tym przypadku temu starszemu bo ta młodsza nie wie o co cho. A co najważniejsze, spędzić ze sobą wolny czas. Czas ten różni się on od wolnego weekendu spędzonego w domu, bo co? A to, że mimo obiecanego nic nie robienia, zawsze znajdzie się to, że zrobi się to chociaż jedno pranie, prasowanie, obiad czy bezmózgowo gapi się w to pudło zwane telewizorem…

 

 

Może cię zainteresować